Historia o mnie

Moja historia jest całkiem złożona. Poruszam kwestie dzieciństwa, w którym to już zaczął kształtować się mój charakter – czyli o tym, w jaki sposób przeżywałem nie tylko piękne chwile.

Urodziłem się w październiku 1995 roku. Tak, jestem młody. Ale dobrze mi z tym.

W wieku trzech lat zostałem umiejscowiony w domu dziecka w Piławie Górnej. Część dzieciństwa spędziłem w szpitalach, gdzie zdiagnozowano u mnie celiakię (tak – jestem hipsterem i mam dietę bezglutenową!) oraz wadę serca.

Dzieciństwo z perspektywy czasu miałem takie sobie. W domu dziecka spędziłem 6 lat. Latałem po drzewach, podnosiłem pety z ziemi, miałem stare ubrania. Mimo wszystko, biologiczni rodzice dość często mnie odwiedzali, więc nie było aż tak tragicznie. Z drugiej strony brakowało mi ich obecności.

W wieku 9 lat pojawiła się rodzina zastępcza. Szukali brata dla swojego syna. Spośród wielu dzieci, zostałem wybrany właśnie ja. Początki były trudne. Mój charakter w połączeniu z różnymi ułomnościami na tle psychologicznym (zespół naderwanych więzi, itp.) sprawiał wiele problemów.

Jednak rodzice (tak, ci zastępczy) nie dawali za wygraną. Był to dość długi okres powracania do normalności i życia w rodzinie. Myślę, że zakończony sukcesem. Już w okresie podstawówki zacząłem chodzić z podniesioną głową i nie wstydziłem się siebie, chociaż… jeszcze trochę swojej przeszłości.

Dla znajomych, brat był… kuzynem. Wzięli mnie, bo byli mi bliscy, a w rodzinie zaszła nagła potrzeba. Prawda jest jednak inna. Byli to zupełnie obcy ludzie, którzy w swoim życiu pomyśleli o tym, żeby podzielić się rodziną z kimś, kto jej nie ma. Do końca życia będę im za to wdzięczny.

Dzisiaj się tego nie wstydzę. Całość ukształtowała mój charakter i doprowadziła do miejsca, w którym się znajduję. Nie mam pretensji do rodziców biologicznych, że oddali mnie do placówki, bo zdaję sobie sprawę, że nie było innej możliwości. Życie nauczyło mnie rozróżniać faktyczne problemy od tych błahych. Zawsze miałem świadomość, że może być gorzej… że było gorzej.

Okres gimnazjum

Gimnazjum było okresem, w którym zacząłem interesować się światem i szukać siebie. Z rodzicami doszedłem do wniosku, że pójdę do słabszej placówki, żeby osiągać lepsze wyniki i bez problemu dostać się do szkoły średniej.

Tak też zrobiłem. Poszedłem do bardzo słabego gimnazjum, gdzie nie było tak wielkiego nacisku na naukę. Jednak kadra pracowników dostrzegła we mnie potencjał oraz moje zainteresowania i pomogła mi w nich się rozwinąć. Żeby było śmieszniej – mogłem w dużo przyjemniejszy sposób przyswajać naukę i nie musiałem kuć jak dzieciaki z tych „lepszych” szkół.

Lekcje historii, czy geografii zaliczałem prezentacjami, do których wcześniej musiałem się przygotować. Oprócz tego brałem udział w różnych apelach historycznych, więc pozornie nudna wiedza wchodziła do mojej głowy w bardzo przyjemny sposób. Podobnie było z fizyką, którą utożsamiałem z bardzo życiowymi przykładami. Z tych przedmiotów kadra pedagogiczna była wspaniała. Z tego miejsca dziękuję Panu Robertowi Lewandowskiemu i Pani Eli Radoń, którzy byli moimi nauczycielami WOSu i historii oraz fizyki.

Podobnie było z techniką oraz informatyką. Nauczyciele Ci mówili mi o wszystkich konkursach, w których mogę brać udział. Tak też robiłem. Pamiętam konkurs fotograficzny, w którym zdobyłem pierwsze miejsce w regionie i wyróżnienie w etapie ogólnopolskim. Tworzyło to moje pasje i budowało pewność siebie.

Historia informatyki

Z informatyki dowiedziałem się o konkursie organizowanym przez moją przyszłą szkołę średnią. T@lenty Informatyczne. Ech, to były czasy…

W pierwszym roku wystartowałem razem z kolegami, aby dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Rywalizacja podzielona była na dwie kategorie wiekowe: gimnazja i szkoły średnie. W swojej kategorii nie dostałem się nawet do drugiego etapu. W przedziale szkół średnich pierwsze miejsce zajął mój starszy brat (biologiczny) – Bartek. Możecie wyobrazić sobie zazdrość na mojej twarzy, jak przyszedł do domu z laptopem, który zdobył.

Nie ma bata! Też chcę laptopa!

W taki sposób zacząłem interesować się informatyką. Szerzej. W drugiej klasie gimnazjum zacząłem bawić się tworzeniem stron internetowych (HTML, CSS, PHP5 – może komuś coś to powie), konfigurować serwery, korzystać z oprogramowania, montować wideo, przerabiać zdjęcia. Fullstack. Wiedzę teoretyczną nadrobiłem w dość szybki sposób. Byłem przygotowany. Nadeszła kolejna edycja konkursu.

Pierwszy etap poszedł gładko. Wiedziałem czego się spodziewać, bo zakres tematyczny pytań był podobny do tego z poprzedniego roku. Etap praktyczny był dla mnie czymś nowym. Programowania niestety nie było (a szkoda, bo mógłbym się wtedy popisać). Była za to znajomość oprogramowania biurowego. Word i Excel. Zadanie dla gimnazjalisty było dość ciężkie. Z nieoficjalnych, późniejszych informacji dowiedziałem się, że jedno z zadań zrobiłem dobrze i w dodatku zupełnie inną metodą. Tym sposobem zrobiłem wszystkie zadania i wyprzedziłem rówieśników dużą przewagą punktową.

Byłem najlepszy. W dodatku dostałem super laptopa i stypendium z Rotary Club. Nie mogłem w to uwierzyć mimo, że faktycznie zapracowałem na ten sukces. W dodatku pogromiłem tych kujonów z najlepszego gimnazjum w powiecie! To był mój sukces! Żeby było jeszcze śmieszniej, mój brat w kategorii szkół średnich też zdobył pierwsze miejsce. Rodzeństwo Obrzut na podium. Było miło!

W trzeciej klasie gimnazjum pojawiło się więcej perspektyw. Swoją wygraną z poprzedniego roku pokazałem, że nie trzeba być z najlepszej szkoły w powiecie, żeby coś osiągnąć. Wtedy poznałem Sławka, który jak się okazało – też interesował się informatyką. Chociaż bardziej programowaniem.

To właśnie ja, on oraz Jarek (brat przyrodni) stworzyliśmy ekipę, którą wzięliśmy udział w DialnetMasters i dostaliśmy się do ćwierćfinału. Do dzisiaj nie mogę pogodzić się z tym, w jak łatwy sposób nie dostaliśmy się dalej. No ale cóż. Życie składa się z sukcesów i porażek. Potrafiłem przegrywać i wyciągać z tego wnioski.

Na przełomie zimy znów pojawiła się możliwość wzięcia udziału w T@lentach. Tym razem poprzeczka była wyżej. Musiałem (a właściwie chciałem) pokazać, że poprzedni rok nie był przypadkiem, że jestem najlepszy. Innej opcji nie widziałem. Zdobyłem pierwsze miejsce, nowego laptopa oraz kolejne stypendium z Rotary Club.

W tych osiągnięciach wspierali mnie dwaj inni nauczyciele, którym także chciałbym podziękować. Pan Bartłomiej Jamuła, oraz Pan Szczepan Dębowski.

Krok w stronę dorosłości.

Złożenie dokumentów do szkoły średniej było czystą formalnością. Pierwsze dwa lata w niej spędzone były takie sobie. Okres dorastania i te sprawy. Nie chciało mi się. Dostałem się jednak do samorządu szkoły (chociaż nie pamiętam momentu, w którym w ogóle się zgłaszałem, ale ok).

W trzeciej klasie ruszyła edycja DialnetMasters w postaci NetMastersCup. Szkoła informatyczna, więc nie trudno było znaleźć ekipę. Byliśmy to ja, Sławek oraz Piotrek (dowiedziałem się, że zdobył na T@lentach drugie miejsce! Równy gość!). Łatwym sposobem okazaliśmy się najlepszą drużyną w województwie oraz drugą najlepszą w Polsce. Dostaliśmy się do finału w Warszawie, gdzie niestety nie poszło nam tak dobrze jak wcześniej. Zajęliśmy 8 miejsce na całą Polskę, chociaż wydaje mi się, że i tak nie było najgorzej (chociaż znów polegliśmy na banałach).

W technikum pojechałem także na praktyki zawodowe do Berlina oraz wykonałem szybkie zlecenie (w ramach praktyk zawodowych) dla RMVision. Wziąłem także udział w konkursie programistycznym WIPING, w którym razem z Piotrkiem zdobyliśmy indeks na Zachodniopomorskim Uniwersytecie Technologicznym.

Zwieńczeniem tego ciężkiego okresu pracy było przyznane mi stypendium Prezesa Rady Ministrów. To właśnie na gali wręczenia stypendium miałem okazję podziękować osobie, której nie podziękowałem jeszcze w tym wpisie. Mojej Mamie. Tak, tej zastępczej.

Stypendium Prezesa Rady Ministrów - Kacper Obrzut - Gala wręczenia stypendiów - Historia Kacper Obrzut

(Moment, w którym dziękuję mamie za to, że jest. Jako jedyny zabrałem głos.)

W samym technikum ogromym wsparciem mentalnym także okazało się grono pedagogiczne. Niesamowicie cudowną osobą była Pani Agnieszka Nowak, która uczyła mnie języka angielskiego i potrafiła zmotywować mnie do roboty. Podobnie było z wychowawcą – Panią Barbarą Bednarz-Łobodzińską oraz z polonistką – Jolantą Urbańską. Oprócz tego do moich sukcesów przyczynił się Pan Roman Głód – ówczesny Dyrektor, który miał bardzo specyficzne podejście do uczniów. Dziękuję Wam!

Mistrzostwa świata w szybownictwie

W okresie technikum miałem także okazję wziąć udział w organizacji Mistrzostw Świata w Szybownictwie, które odbywały się w Lesznie. Zostałem wrzucony na głęboką wodę i dane mi było zająć się kwestią informatyczną zawodów. Choć sama strona internetowa została przygotowana wcześniej i zarządzał nią ktoś inny, to moim zadaniem było zajęcie się infrastrukturą sieciową oraz przygotowaniem stanowisk do odczytywania logów lotów. Było to dość ciekawe rozwiązanie, w którym połączyłem wiedzę z różnych perspektyw i działało super. Zajmowałem się także problemami technicznymi zawodników. Najcięższym zadaniem była próba zmiany portu 25 w kliencie pocztowym, w języku niemieckim (to przez niemiecki!). Ale dałem radę.

Sama historia pojawienia się mnie na mistrzostwach też była ciekawa. Mianowicie nauczyciel, który był ówczesnym Dyrektorem Mistrzostw, wcześniej nie pałał do mnie największą sympatią (delikatnie mówiąc). Nie miałem o to pretensji, bo faktycznie – dałem ciała. W trakcie praktyk zagranicznych był opiekunem naszej grupy. Dostrzegłem, że wcześniejsze „zatarcia” mają wpływ na komfort spędzania wolnego czasu. Postanowiłem o tym porozmawiać – wyjaśnić, że faktycznie dałem ciała i potrafię przyznać się do błędu, że nie chcę się użerać i przyszedłem spróbować zażegnać konflikt chociażby na czas wyjazdu. Nie wiedziałem czego się spodziewać.

Jak się okazało, Pan Dariusz przyjął to bardzo miło. Pogadaliśmy na ten temat oraz wyjaśniliśmy faktyczny stan rzeczy. Dla mnie to była lekcja pokory – tego, że o problemach należy rozmawiać i je rozwiązywać. Stąd też chciałbym podziękować Panu Dariuszowi Ciskowi, który oprócz możliwości wzięcia udziału w ciekawym projekcie, dał mi najzwyczajniej lekcję życia.

Praca, praca i jeszcze raz praca.

Po zakończeniu technikum i szczęśliwym zdaniu matur zacząłem pracę we wrocławskiej firmie wytwarzającej oprogramowanie. Podczas rekrutacji, wielkim komplementem było usłyszeć, że mam większe doświadczenie niż niejeden absolwent studiów. Minęło już kilka lat, miałem momenty słabości i próby przejścia do innych firm, jednak pracuje mi się dobrze, a ekipa jest super.

To właśnie ludzie tworzą to miejsce i właśnie oni trzymają mnie tutaj najbardziej. Zwłaszcza, że pracuję tu razem z kolegami z technikum.

A co ze studiami?

Wybór uczelni też był całkiem ciekawy. Na początku złożyłem dokumenty i dostałem się na Wrocławską Wyższą Szkołę Informatyki Stosowanej we Wrocławiu. Byłem na… trzech zjazdach. Doszedłem do wniosku, że to nudne. Studiowanie informatyki w naszym kraju mija się z celem.

Zakres materiałów jest przedawniony i często nieaktualny. Przedmioty istotne przedstawiane są jako coś skomplikowanego, co ciężko jest ogarnąć (chociaż tak nie jest). W dodatku wykładowcy nie potrafią zaangażować do udziału w zajęciach, tłumacząc się, że to leży w kwestii studenta.

Zgodzę się. Samemu przychodzę na uczelnię po wiedzę i to moim obowiązkiem jest wyciągnąć ze studiów jak najwięcej. Tak też z resztą robię. Tylko problemem jest, gdy wykładowca nie potrafi przekazać wiedzy w sposób ciekawy. Kłania się tutaj teoria komunikacji. Dla mnie było to tym bardziej ciężkie, ponieważ przez konkursy z większością poruszanych zagadnień miałem do czynienia. Poziom nudy przerastał moje oczekiwania.

Stąd też z informatyki zrezygnowałem. Logiki i programowania uczę się w pracy. Problemy matematyczne rozwiązuję po godzinach, a studiuję coś co mnie interesuje i rozwija, a nie cofa w rozwoju – grafikę na Uniwersytecie Humanistycznospołecznym SWPS. Fajne jest to, że pokrywa się to z moimi zainteresowaniami.

W taki sposób z informatyka stałem się humanistą i zamiast przejmować się sesją i wymaganiami sztywnych definicji znajduję czas na pisanie bloga.

Zobacz także

Koniecznie przeczytaj inne posty!

O mnie

Nazywam się Kacper Obrzut i studiuję grafikę na Uniwersytecie SWPS we Wrocławiu. W życiu zawodowym jestem programistą. Zajmuję się tworzeniem aplikacji mobilnych oraz stron internetowych.

czytaj dalej

Dyskusja

Zapraszam do komentowania. Pamiętaj, aby nie obrażać innych.