Jebel Toubkal

Czterotysięcznik był jedną z głównych atrakcji, przez które wyraziłem chęć na wyjazd. Podczas dwudniowego zdobywania szczytu doświadczyliśmy wielu przygód.

Główna atrakcja tego wyjazdu w końcu nadeszła. Nie mogłem się doczekać. Czterotysięcznik w końcu przede mną. Chociaż nie było go jeszcze widać.

Ubrany byłem w niezbyt wyszukane ciuszki. Jeansy, t-shirt, plecak i heja. Po wyjściu z samochodu, udaliśmy się w 11-kilometrową trasę do schroniska.

W którymś momencie doszedłem do wniosku, że się rozciągnę. Szersze rozstawienie nóg i sru… pękły mi spodnie. Na dupie. Haha! Do samochodu nie było opcji powrotu. Zapasowych łaszków nie miałem. Pozostało więc iść dalej. W którymś momencie zorientowałem się, że wziąłem z domu buty brata. O trzy numery za duże. Przygotowanie pierwsza klasa!

Trasa była ładna. Podzieliliśmy się. Stachu, Paweł i Sławek poszli przodem. Ja, Wierzgacz i Martynika szliśmy wolniej. Do zobaczenia na miejscu.

W którymś momencie nie mogłem już iść wolno. Powiedziałem, że idę dogonić chłopaków. Dogoniłem. Gluza wspomniał tylko:

I może Ty mi powiesz, że masz chorobę serca…

No nic. Podobno mój dziadek pochodził z rejonów Tatr. Ja góry kocham i czuję się w nich dobrze.

Doszliśmy do schroniska i czekaliśmy na dziewczyny. Dość długo nie przychodziły. Zaczęliśmy się martwić. Były próby dzwonienia, ale nie było zasięgu. Gdy wróciły, były wściekłe. Pierwsza spina. W sumie słuszna.

Zarejestrowaliśmy się w schronisku, poszliśmy spać. Zdjęć do tej pory nie robiłem. Ale byłem głupi.

Atak na szczyt

Obudziłem się przez szelest. Była jeszcze noc. Tak. Dziewczyny doszły do wniosku, że pójdą wcześniej, żeby na górze chłopaki ich dogonili. Ja już nie mogłem spać, więc poszedłem z nimi.

Było ciemno. Drogę oświetlał księżyc i czołówki. Tak się złożyło, że ja swoją gdzieś zgubiłem. Na trasie kurczowo trzymałem się Wierzgacz. Do pewnego momentu.

W którymś momencie intuicyjnie przyśpieszyłem i podążałem za maleńkimi światełkami idącymi pod górę. Byli to oczywiście ludzie, którzy szli przed nami. Tak, dobrze myślicie. Sam, bez latarki, nie znając trasy. Jak dla mnie, na chłopski rozum, żeby wejść na szczyt, trzeba iść pod górę.

Ale dziewczyny zaczęły się martwić. Ja w sumie też. Poczekałem na nie gdzieś na 3500m. Idą.

Na powitanie plaskacz na ryj.

To za to, że nas zostawiłeś. Martwiłyśmy się.

Znów miały rację. Idąc w góry idziemy ekipą. Nie rozdzielamy się. Co jeśli komuś by się coś stało, albo faktycznie bym się zgubił? Może trochę było w tym dramatyzowania, ale w ostatecznym rozrachunku miały rację.

Od tego momentu szliśmy razem. Doszliśmy na przełęcz i zaczęło się robić widno. Wyciągnąłem więc aparat i robiłem zdjęcia!

Było pięknie. Dziewczyny trochę zwolniły. Ja przyśpieszyłem, ale tak, żeby mieć je na oku. Doganiała nas grupa ludzi.

W tym momencie podszedłem i pogadałem z Wierzgacz, żeby szli z ludźmi a ja pójdę sobie skrótem. Przez zbocze góry (pokazałem palcem).

Okej.

Więc poszedłem. W za dużych butach, z dziurą na tyłku. Było dość stromo, a podłoże było sypkie. Trochę się bałem, ale włączyłem tryb myślenia i wiedziałem jak iść.

Przed samym szczytem postanowiłem poczekać na dziewczyny. Czekam 15 minut. Nie ma ich. Kolejne 15 – mija mnie grupa ludzi, która z nimi szła.

W końcu. Zaraz będą.

Jeszcze chwilkę poczekałem i… nie było ich. Wróciłem na dół. Normalną drogą. Martynika leżała z wycieńczenia (przytomna, tylko marudziła). Wierzgi próbowała ją zmotywować. Nie mogliśmy jej tam zostawić. Wpadłem na szatański pomysł, że zamienię się z nią plecakami.

Teraz to ja ją opierdzieliłem. Był mega ciężki. Dużo cięższy niż mój. Dlaczego?! To ja miałem aparat i trzy butelki wody. Co ona tam miała?! W sumie nie sprawdziłem. Ważniejsza była górka.

Zaczęliśmy więc wchodzić. Powoli do przodu.

Aż w końcu znaleźliśmy się na szczycie! Pierwszy w życiu czterotysięcznik zdobyty! Martynika położyła się, żeby odpocząć. Ja z Wierzgi zaczęliśmy robić zdjęcia. Piękne widoki!

Rozpierała mnie energia! Niesamowite uczucie móc postawić sobie za cel zdobycie góry i wejść na nią. Zwłaszcza z grupą cudownych ludzi. Zacząłem się podciągać!

Jebel Toubkal - Szczyt - Kacper Obrzut

(fot. Obrazki Blondynki – Paulina Wierzgacz)

 

Chłopaki doszli zaraz po tym. Wkurzeni, że nie daliśmy znać. Że oni czekali. Że nie nastawili budzika. Rację miel. Ale cóż – życie.

Zejście

Tu już nie było tak wesoło. Byłem najwolniejszy z całej ekipy. Za duże buty zaczęły doskwierać. Przy każdej nierówności noga uginała się pod takim kątem, że but wrzynał mi się w kostki. I tak przez całą trasę.

Na samym dole miałem piękne obręcze na kostkach, łzy w oczach, a po ściągnięciu butów myślałem, że będę miał na sumieniu 5 osób (tak śmierdziało, fuj). Mimo wszystko cieszyłem się, że mogłem zdobyć szczyt i popatrzeć na wszystkich z góry.

Dla mnie to była ostatnia atrakcja w Maroko. Dalszych relacji nie będzie. Dla głodnych wiedzy zapraszam na bloga Obrazki Blondynki, gdzie Paulina zamieściła dużo więcej postów z dużo ładniejszymi zdjęciami!

Czas wracać do Polski.

Zobacz także

Koniecznie przeczytaj inne posty!

Dyskusja

Zapraszam do komentowania. Pamiętaj, aby nie obrażać innych.