Po drodze na Saharę

Relacja z pierwszych dni w Maroko. W drodze do Paradise Valley napotkaliśmy dużo przygód. Zapraszam do przeczytania relacji.

Zaraz po Legzirze ruszyliśmy dalej. Naszym celem było Paradise Valley. Na internetowych zdjęciach, miejsce przyciągnęło naszą uwagę. Chcemy tam jechać!

Po drodze zahaczyliśmy o jakiś „Park Narodowy”, ale nie urzekł nas jakoś szczególnie. Przeszliśmy się kawałek i wróciliśmy do samochodu. Jechaliśmy w poszukiwania raju. Chociaż i to nie obyło się bez przygód. Wierzgi jako kierowca (bardzo dobry, ale przecież każdemu może się przytrafić), zjechała z krawężnika. Chłopaki szybko poradzili sobie z problemem. Samochód był cały, a nam pozostało się śmiać.

Maroko samochód w rowie

Podróż troszeczkę się dłużyła. Przejechaliśmy obok czegoś, co wyglądało jak nasz cel. Jak jednak się później okazało – to były tylko nasze „wydaje mi się”.

Paradise valley

W Paradise Valley było cudownie. Polecam każdemu, kto chciałby odpocząć od codziennego stresu, pokąpać się w wodzie lub poskakać do niej ze skał. Ja się trochę cykałem i skakałem z dolnej półki, jednak znaleźli się tacy śmiałkowie, którzym wysokość nie przeszkadzała.

Paradise valley

Jeżeli chcecie więcej pięknych zdjęć, to odsyłam was do bloga Obrazki Blondynki. Do wpisu poświęconemu Paradise Valley.

Dalsza część wyjazdu jakoś specjalnie mnie nie fascynowała. Chciałem znaleźć się na Saharze. Jednak nie wszystko od razu. Pojechaliśmy do Taroudant, gdzie znaleźliśmy nocleg.

Następnego dnia postanowiliśmy pozwiedzać trochę miasta, zobaczyliśmy mury, wjechaliśmy prosto w korek, i… Stachu nas ratował. Ten to dopiero jest! Ale to za chwilę, najpierw zdjęcia.

Próbując wyjechać z miasta, prowadził nas jakiś – jak to go nazwaliśmy – „dyzio”. Był bardzo ogarnięty, pokazał nam ciekawe miejsca (m.in. wspomniane mury). Jednak jechaliśmy tak wąskimi uliczkami, że zapchaliśmy uliczkę. Tzn… nie tylko my!

Z prawej strony ciężarówka, z lewej auta. Dookoła zjeżdżają się jeszcze rowery, riksze, motory i osły (i wcale nie mam na myśli ludzi, którzy blokowali każdy centymetr wolnej do manewru przestrzeni). Nie można się wycofać, nie można jechać do przodu. Stachu się wkurzył. Wysiadł i postanowił pokierować ruchem. Uporał się z tym dość szybko. Jeden myślący człowiek i tyle można zdziałać.

Do wyjazdu z miasta postanowił pojechać z „dyziem”. Później przesiadł się do nas i pojechaliśmy dalej. Nasz przewodnik w zamian za oprowadzenie wziął tylko piwo. Ale nie to tanie. Carlsberga. Cwaniaczek.

Dalej nie pozostało nam nic innego, jak tylko jechać w stronę mojej wymarzonej pustyni.

Zobacz także

Koniecznie przeczytaj inne posty!

Podróże /

Sahara – Noc pod gołym niebem

Gdy czytałem „Małego Księcia”, marzyłem o tym, by znaleźć się na pustyni. Dalej nie wiem co Sahara w sobie ma, że stała się ona dla mnie jedną z głównych atrakcji podczas tego wyjazdu.

czytaj dalej

Dyskusja

Zapraszam do komentowania. Pamiętaj, aby nie obrażać innych.